Skip to content

celebracja życia…

najlepsze buty http://www.nomada.eu.com/sklep/

Miłość.

Bo my miłość na solidnych fundamentach budujemy…
Od motyli w brzuchu do miłości prawdziwej droga jest długa, długa i kręta, czasem rzuca po oczach błotem tak, że człowiek nic nie widzi. Czasem pięknem zapiera dech w piersiach, jak gdyby człowiek zdobył najwyższy szczyt.
Jest chłodny listopadowy wieczór, stoję przed lustrem w bloku na pierwszym piętrze.
-Dobrze wyglądam? Pytam brata
-tak, na pewno Ci się spodoba, przychodzi do nas do sklepu.
W głowie tysiące myśli jak to przy pierwszym spotkaniu. Idę w umówione miejsce. Kurcze jeszcze go nie ma, spóźnia się. I gdybym nie poczekała, gdybym obróciła się i poszła, gdybym poszła- nie poznałabym miłości prawdziwej. Pięć minut a życie zmienia bieg o 180 stopni. Co by było? Nie wiem, ale wiem, że nie zamieniłabym niczego, niczego co wydarzyło się od tego listopadowego wieczoru. Miłość po kątach upchaliśmy, w każdym zakamarku, na strychu i w piwnicy, w starej szafie i w szufladzie. Codziennie rano wstaję, zanim jeszcze cała reszta wstanie (nawet pies wstaję później niż ja) i dziękuję za to, gdzie jestem, gdzie doszłam, co mam. Nie, nic nie było usłane różami, ale gdyby nie miłość, na pewno
-nie byłoby nas w miejscu, w którym jesteśmy.

Szczęście to nie bogactwo, czasem go więcej w ubogiej chacie niż w pałacach, 3,5 roku mieszkaliśmy z rodzicami Wojtka, nie były to lekkie lata i choćby teście ze złota byli to różnica pokoleń dawała mocno znać, i gdyby nie mąż, który murem za mną stał

-nie byłoby nas w tym miejscu.

Gdy na świat przyszła Laura, musiałam zatrudnić pracownika, opłaty za czynsz, wypłata, zusy, media, produkty pochłaniały wszystkie moje pieniądze, były miesiące, że musieliśmy dokładać do interesu- gdyby nie mąż i mama

-nie byłabym w tym miejscu, tym miejscu gdzie jestem,

nie poznałabym też Moniki, która pracowała 2 lata u mnie. Do dzisiaj utrzymujemy bardzo dobry kontakt, rozmawiamy po dwie godziny przez telefon. Mogłam się cieszyć razem z nią, gdy wychodziła za mąż, rok temu przyszedł na świat jej synek- to były piękne lata i piękna znajomość.
Gdy przeprowadziliśmy się do własnych czterech kątów- nie mieliśmy nic, nawet podłóg tylko stare komunistyczne wykładziny butelkowozielone i naokoło beton, nawet łazienki nie mieliśmy tylko mały brodzik, w którym dwie stopy się zmieściły, mały piecyk, do którego trzeba było ładować węgiel co 2 godziny, bo inaczej wygaśnie, a rano jak wstawaliśmy- para z ust nam leciała, bo temperatura spadała do minusa. To były najszczęśliwsze lata. Przez pierwsze pół roku czułam się- jak by mnie wciągnęli do nieba, problemy dla mnie nie istniały, byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.
-Kaśka, ale przecież tu nic nie ma, jak Wy tu mieszkacie- dziwili się znajomi.
Jak nie ma, jak nie ma- pytam? Jestem JA ON i nasze dziecko, nasze życie, prywatność, miłość, nasze marzenia, wolność.

Czyli WSZYSTKO.

I miłość po kątach upchaliśmy nawet w tej starej szafie…
I dalej się spóźnia…

 

oczami obiektywu.